BLOG VIDEOGRAFICZNY

Recenzja Bonda, „Quantum of Solace”

Film, bez którego trylogii by nie było, czyli numer dwa a dokładnej „Quantum of Solace”. Recenzja drugiego obrazu z Bondem Daniela Craiga.

Kontynuujemy serię z nowymi odsłonami Bonda. Po pierwszym obrazie, którego recenzję możecie przeczytać tutaj, czas na małą wyprawę do Włoch, nad ocean i na pustynię.

Drugi film w którym swojego Bonda odegrał Daniel Craig to oczywiście „Quantum of Solace”, czyli opowieść o tajemniczej organizacji, która zagrała w tle „Casino Royale” a teraz jest na celowniku agenta 007. Przyczyniła się do serii tragicznych wydarzeń, które są motorem zemsty agenta.

Film zaczyna się bardzo szybką sceną przesłuchania pana Whitea, którego Bond pochwycił w finale pierwszego filmu. Scena odgrywa się we włoskim mieście, które słynie z placu i wyścigu konnego. Po zadawanych pytaniach, w których towarzyszy M, zaczyna się pościg i znaków zapytania jest coraz więcej.

Historia przeplatana wspomnieniami

Dowiadujemy się, że Bond szuka organizacji „Quantum„, która jest „ośmiorniczką” (ha… rozumiecie), ma wiele macek w różnych częściach świata. Co ważne, przygotowuje nieciekawy przekręt w Boliwii, który koordynuje Dominic Green (w tej roli Mathieu Amalric). Obok Craiga oczywiście nie brakuje kobiet. Główną, pozytywną rolę męską gra Olga Kurylenko. Wciela się w młodą, zbuntowaną i pragnącą zemsty Camille .

W narracji pojawiają się ciekawe wątki o przeszłości bohaterów, zwłaszcza Camille. Obraz szybko przyspiesza i zwalnia między akcją i reakcją, które napędzają pościg Bonda za Greenem.

Dość powiedzieć, że to chyba mój najmniej lubiany (ale nadal lubiany) z filmów w jakich Craig odtworzył Bonda. „Quantum” jest bowiem interludium między początkiem historii a jej przełomowym momentem, którym jest „Skyfall„.

Piękna Rosjanka to za mało?

Film błyszczy w mojej ocenie przede wszystkim relacją, którą Bond nawiązuje z Camille. Bohaterów łączy pragnienie zemsty, które potrafi być doskonałym motywatorem. To relacja bardzo partnerska i kreśląca obie postacie jako autentyczne.

Craig oczywiście nadal gra tę postać, do której nas przyzwyczaił, oto Bond zimny, wyrafinowany, obity, ale zawsze zdeterminowany. Mam wrażenie, że tutaj aktor finalnie odnajduje swojego Bonda, co pozwala mu już w kolejnych dwóch filmach: „Skyfall” i „Spectre” już tylko „dogrywać” agenta 007 a nie szukać go na nowo. Gdyby tak było obraz byłby na pewno mniej angażujący.

Obok niego błyszczy Olga Kurylenko, która ciekawie i z polotem podeszła do odgrywanej roli. I o ile jej gra aktorska, zarysowana determinacja chcącej zemsty dziewczyny jest grana dobrze, to obok postaci, które grają kobiety Bonda w innych filmach Kurylenko wypada w mojej ocenie dobrze, ale mało imponująco. To trudne do oddania wrażenie, które towarzyszy mi coraz mocniej za każdym razem gdy oglądałem ten film. A widziałem go już chyba z trzy razy.

Tu mała dygresja i wypad w przyszłość. Mam wrażenie, że w „Spectre” lepiej udało się odegrać żeńską rolę w filmie Léa Seydoux. Ale o niej nie teraz.

Odniosłem wrażenie, że gdyby nie dobra gra i tempo tego filmu, postać Kurylenko zniknęłaby lekko przysłonięta innymi, pierwszoplanowymi postaciami. Na szczęście to się nie stało. W efekcie „Quantum of Solace” to ciekawe, mniej ciężkie emocjonalnie, spowalniające kino wśród najnowszych Bondów. Nie ma ciężaru, jaki pojawi się w „Skyfall„, co pozwala odetchnąć po ciosie, jakim było „Casino„.

Aspekty techniczne

Muszę tu jeszcze dodać dwa słowa o formacie technicznym tego filmu.

Quantum” jest stosunkowo krótki, bo trwa 106 minut. Jak na film z Bondem, to zdecydowanie unikat. Powiem tylko, że „Casino” zabierze 144 minuty, gdy wspominany „Spectre” trwa 148. W efekcie przygoda i opowieść nabierają jeszcze mocniej na dynamice.

Montaż, zdjęcia i kolory w „Quantum” są jakby żywsze i bardziej żwawe, co na pewno powinno się docenić. Mnie ten film się podoba bardzo w warstwie wizualnej. Zwłaszcza w finałowych scenach, w których widzimy piaski pustyni i grający na nich pierwsze skrzypce ogień. Obraz w tych finałowych kadrach jest wręcz… majestatyczny.

Rekomendacja

Quantum of Solace” to film najmniej wnoszący do wszystkich, w których pojawia się Bond w wersji Daniela Craiga, a zarazem chyba najbardziej łatwy do przełknięcia. Ma mocny motyw, mocną oś fabularną – nawet jeśli nie jest ona bezpośrednio związana ze śmiercią miłości Bonda, którą zobaczyliśmy w „Casino„.

To kino na dobrym, szpiegowskim poziomie, z poprawną narracją, dobrą grą, piękną kobietą, z bardzo dobrym antagonistą i z doskonałym wykonaniem, które warto oglądać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.