BLOG VIDEOGRAFICZNY

Thomas Crown, czyli jak ukraść i nie ukraść obrazu

Kradzież, która niemal nie była kradzieżą. Mężczyzna, który nie jest złodziejem i agent, która jest kobietą. Tak podsumowałbym szybko film Johna McTiernana, który dane mi było oglądać. Oto recenzja „Afery Thomasa Crowna” z 1999 r.

 

Oglądanie filmów sprzed dekady to nie jest moje główne zajęcie, ale tak się zdarza, że telewizja lubi pokazywać ostatnio ten okres kina. Tak oglądam filmy w telewizji. Rzadko, bo rzadko, ale to robię. Nie z nudów – mam co robić – a z szacunku do dobrze działającego medium. Telewizja ma swoje plusy. Pierwszy. Oglądać tylko to co warto a znajdziesz dość czasu i na telewizję. Jak mawiał jeden z moich profesorów, kupowanie programu telewizyjnego było dobrym pomysłem. Czytanie go? Jeszcze lepszym.

Dzisiaj mama dla Was recenzję obrazy Johna McTiernana, w którym główne postaci odgrywają: Pierce Brosnan i Rene Russo. W tle zobaczyć można Denisa Learyego, Frankiego Faisona i Faye Dunaway. Oto historia opowiedziana w godzinie i 53 minutach. Oto Afera Thomasa Crowna.

Historia o sztuce

Obraz otwiera się przygotowaniami do kradzieży. Grupa bardzo źle wyglądających (źle, znaczy złych hehe) mężczyzn przygotowuje interwencję w muzeum. Dokładniej w galerii prezentującej obrazy impresjonistów. Plan jest bardzo dobrze przygotowany. Wynajęto śmigłowiec. Przygotowano dywersję i przebrania. Kradzież ma się odbyć w biały dzień.

Dochodzi do planowanego ataku na muzeum. I nagle wszystko się obraca przeciwko napastnikom. Finał jest bardzo ciekawy. Wpadają w ręce ochrony muzeum. Helikopter zostaje porzucony. Ostatecznie nie udało się z niego skorzystać. Policja przybywa na miejsce. Tylko jest jedno ale. Jeden obraz znika, mimo że pojmano wszystkich napastników.

Jak się dowiadujemy odpowiedzialnym za zabranie dzieła jest tytułowy Thomas Crown (Pierce Brosnan). Postać, nie tuzinkowa. Oto milioner, którego życie znudziło. Może kupić sobie praktycznie każde dzieło sztuki. Zdobywanie kobiet przychodzi mu równie łatwo. Oto 42 letni człowiek, który ma wszystko. Ukartował napad, by zbudować dywersję dla swojej nowej fanaberii – kradzieży dzieła, którego chyba nie mógł kupić.

Dlaczego zdradzam Wam tę sekwencję? Bo to pierwsze 20 minut filmu. Zabawa zaczyna się potem. Do amerykańskiego miasta przybywa Catherine Banning (Rene Russo). Zalotna i piękna agentka ubezpieczycieli, którzy nie mają zamiaru wypłacać muzeum potężnego odszkodowania. Zaczyna się zabawa między złodziejem a śledczą, która bynajmniej nie skończy się za kratkami.

Obraz z odrobiną niepewności

Co zauważyłem od razu w tym filmie to pewna wierność schematom. Oto postaci odgrywające tę historię są typowymi przedstawicielami swojej roli. On. Bogaty, pewny siebie, zaskakujący mężczyzna. Ona arogancka, profesjonalna, zimna detektyw. Do tego rodzące się napięcie. Wzbogacone to wszystko coraz to mocniejszą iskrą erotyzmu. W końcu łamie obie te postaci w sposób, w którym nie niszczy się ich integralność. Nie powiem więcej, by nie psuć zabawy.

Gra aktorska komplementuje tę historię a obie role są bardzo dobrze dobrane.

Dodaje temu filmowi zabawy sporo humoru, który wplata reżyser i scenarzysta coraz to mocniej skupiając uwagę widza nie na intrydze, a na romantycznym wątku, który rodzi się na naszych oczach między Thomasem i Catherine.

To kino ogląda się fajnie, lekko, z odrobiną frywolności, której mało jaki film dostarcza. Tempo jest odpowiednie, gagi i zagrywki przemyślane, chwile oddechu dają temu obrazowi potrzebnego dynamizmu.

Wady? Mało

I jeśli miałbym wskazać jakieś wady, to są to postaci drugoplanowe. Większość z nich nie dorównuje aktorsko pierwszym skrzypcom, które odgrywają Brosnan i Russo. Policjanci są ociężali, mało dynamiczni. Inne poboczne postaci tym bardziej nie potrafią wzbudzić poklasku. Może też tak miało być, bo to duet pierwszego planu ma tu realne znaczenie.

No i jest jeszcze ta końcówka. Sekwencja zamykająca jest doskonale wyreżyserowana. Dobrze zagrania, Śmieszna. I gdyby nie jedno ale… była by idealnym zwieńczeniem na serio dobrego, pasjonującego kina. W momencie, w którym główny bohater wrócił do muzeum a pozostali obserwują go w monitorach wiedziałem, jaki będzie finał tej sekwencji. Niemniej warto zobaczyć, jak McTiernan wyegzekwował tę zabawną – bądź co bądź – scenę.

Podsumowanie

Nie jest to pewnie film z rolą życia Piercea Brosnana. Tego samego nie można powiedzieć o Rene Russo, ale „The Thomas Crown Affair” po 19 latach to dobre, trzymające w napięciu kino, które warto zobaczyć, które warto polecić, które w końcu warto zarekomendować. To film godny danych mu 72 proc. na serwisie metacritic.

Nie ma tu wyśmienitego, rewolucyjnego kina, ale nie każdy obraz takim artefaktem kultury może być. Jak mówią, muszą być ludzie (i dzieła) przeciętne, bo wówczas nie byłoby klejnotów i gwiazd.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.